CZĘŚĆ PIERWSZA
W Wigilię w małym miasteczku w Oregonie w USA temperatura wynosiła dziewiętnaście stopni Celsjusza.
Sarah Mitchell wyszła z poczty z tekturowym paragonem w kieszeni i zdrętwiałymi palcami ściskającymi kluczyki do samochodu. Jej oddech tworzył w powietrzu małe, białe obłoczki. Parking, który przemierzyła, był jednym z tych, jakie można znaleźć w każdym małym amerykańskim miasteczku – rodzajem przypadkowego miejskiego skwerku, gdzie zbyt wiele rzeczy stłoczono w jednym miejscu.
Na jednym rogu znajdowała się poczta, na drugim dworzec autobusowy Greyhound. Obok dworca znajdowała się Rosie’s, wąska restauracja serwująca najlepsze ciasto w całym regionie, a obok pralnia samoobsługowa, która „wkrótce zostanie zamknięta” od około piętnastu lat. Samochody stały na biegu jałowym, autobusy dudniły, a lodowaty, zimowy wiatr owiewał płaszcz Sarah.
Powinna była natychmiast wracać do domu. To był jej pierwszy prawdziwy dzień wolny od trzech tygodni od pobytu w szpitalu. Wigilia wypadła tego roku we wtorek, a ona pracowała na weekendowej zmianie. W końcu miała wolne od wtorku do czwartku. Tego ranka spędziła godziny pakując prezenty kupione w przerwie obiadowej i chowając je w szafie, w której Marcus trzymał swój sprzęt wędkarski.
Marcus.
Sama myśl o jego imieniu sprawiała jej ból.
Jej dzieci – dziesięcioletni Jake i siedmioletnia Emma – były u starszej siostry Lindy, bez wątpienia piekąc ciasteczka i ciężko pracując w kuchni. To dało Sarze cenną, cichą chwilę, by dokończyć ostatnie przygotowania do Mikołaja. Prawie skończyła, gdy zdała sobie sprawę, że zapomniała o jednej rzeczy: paczce.
Paczka, którą właśnie wysłała, leżała niczym oskarżenie na kuchennym blacie.
Była dla matki Marcusa, Ruth, która mieszkała w domu opieki w Arizonie. Ruth miała 83 lata, była schorowana i mieszkała w domu z palmami i beżowymi korytarzami. Jej pamięć zaczynała blaknąć. Ale cokolwiek zapomniała, wciąż pamiętała Marcusa.
Za każdym razem, gdy dzwoniła Sarah, pytała o niego.
Za każdym razem Sarah musiała jej to powtarzać, tłumaczyć, że jej syn – jedyne dziecko Ruth – zmarł. I za każdym razem Ruth reagowała tak, jakby słyszała to po raz pierwszy. To było dla nich obu bolesne, ale Sarah nie mogła przestać dzwonić. Ruth była ostatnią częścią Marcusa, jaka jej pozostała, poza dziećmi.
W pudełku Sarah umieściła zdjęcia dzieci i miękki kocyk, który Emma starannie dobrała. Dołączyła również kilka starych listów od Marcusa, które znalazła w pudełku po butach w garażu – listy, które pisał do matki, gdy był jeszcze na studiach, zanim Sarah go w ogóle poznała. Pomyślała, że Ruth się spodobają, że pomogą jej przypomnieć sobie, jaki był jej syn, zanim choroba odebrała mu wszystko.
Poczta była zamykana o dwunastej w Wigilię. Kiedy Sarah spojrzała na zegar piekarnika i zobaczyła, że jest 11:15, wzięła płaszcz, kluczyki, pudełko i pojechała prosto tam.
Paczka była już w drodze do Arizony. Jej zadanie dobiegło końca. Myślami była już o wszystkim, co ją czekało: odebrać dzieci, zjeść szynkę, przetrwać wieczór bez wybuchu płaczu, gdy Emma, jak to robiła niemal każdej nocy, zapytała, czy tata patrzy na nią z nieba.
Była już w połowie drogi do samochodu, gdy coś przyciągnęło jej wzrok na dworzec autobusowy.
Przejeżdżała obok tego dworca Greyhound tysiąc razy i ledwo go zauważyła, poza spalinami diesla i wyblakłym szyldem. Ale tego dnia jej wzrok zatrzymał się na metalowej ławce przed nią – takiej, którą celowo uczyniono niewygodną, żeby nikt nie mógł na niej spać.
Dwie osoby kuliły się na zimnych listwach.
Nawet z odległości dziewięciu metrów Sarah widziała drżącą kobietę. Była niska, miała może 178 cm wzrostu, starannie upięte białe włosy, choć kilka kosmyków rozwiewało się tu i ówdzie na wietrze. Schludny, ale znoszony płaszcz był mocno zapięty, a jej usta miały niebieskawy odcień, co, jako pielęgniarki, uruchomiło u Sary wszystkie dzwonki alarmowe.
Obok niej siedział wysoki, barczysty mężczyzna, który prawdopodobnie kiedyś był potężny, zanim wiek go skurczył. Nie miał na sobie własnego płaszcza – cienkiego, starego. Owinął go wokół ramion kobiety, na jej własne, pozostawiając go w samej flanelowej koszuli. Jego duże dłonie kurczowo trzymały się ramion, a on wydmuchiwał powietrze ostrymi, widocznymi kłębami.
Musieli mieć po osiemdziesiątce.
Siedzieli na zewnątrz, w temperaturze dziewiętnastu stopni.
Sarah zatrzymała się.
Było coś w sposobie, w jaki opierali się o siebie, w sposobie, w jaki mężczyzna wykręcał ciało, by osłonić kobietę przed wiatrem, co uderzyło ją jak Pięść w pierś. To było dokładnie tak, jak Marcus ją trzymał. Tak samo, jak siedział z nią w…
