Próbowałam. Jąkałam się, czytając jego fikcyjną historię. Słowa mi się bełkotały. W głowie miałam mgłę. Proste zdania były jak zagadki.
„Fuj, wcale nie jesteś przekonujący!” wykrzyknęła, rozłączając się. „To nic nie da!”
Zalała mnie fala mdłości. Skrzywiłam się, serce waliło mi w gardle. Nic tylko żółć. Jade wzdrygnęła się z obrzydzeniem, ale filmowała dalej, opisując moje objawy kamerze niczym szalony naukowiec. „Obiekt… krztusi się. Jej skóra jest blada i wilgotna…”
Kiedy film się skończył, osunęłam się na podłogę, opierając plecy o kuchenne szafki. Chłód płytek działał kojąco.
„Musisz być trochę… bardziej funkcjonalna”, mruknęła, chodząc tam i z powrotem. Czuła, jak jej moc słabnie. Jeśli zemdleję, zanim zdążę się wyspowiadać, nie będzie miała na mnie żadnego wpływu.
Chwyciła notes i zapisała wyznanie. „Proszę. Przepisz to. Własnym pismem”. Podała mi długopis. Ręka trzęsła mi się tak bardzo, że nie mogłam go chwycić. Upadł na podłogę z trzaskiem.
Widziałem niewyraźnie. Przed oczami tańczyły mi czarne plamy. Jade lekko poklepała mnie w policzek. „Skup się!”
Traciła mnie. Wiedziała o tym. Podjęła desperacką decyzję. Wstrzyknęła niewielką ilość insuliny do strzykawki. „Wystarczająco, żebyś otrzeźwiała” – powiedziała. „Nie żeby cię uratować. Tylko żebyś była na tyle przytomna, żeby się przyznać”.
Igła zbliżyła się do mojego ramienia. Próbowałam ją cofnąć, ale nie miałam siły.
Nagle rozległ się dźwięk. Trzask drzwi samochodu za oknem.
Jade zamarła. Podbiegła do okna i wyjrzała przez okiennice. „Cholera!” To była nasza starsza sąsiadka, pani Bufort, idąca po gazetę. Jade patrzyła za nią, drżąc z paniki, aż pani Bufort wróciła do domu. Przerwa ją wytrąciła z równowagi.
Odwróciła się do mnie. Skuliłam się jeszcze mocniej, oddychając ciężej. Kussmaul oddycha. Ostatnia, desperacka próba mojego ciała, by pozbyć się kwasu.
Niepewnie trzymała strzykawkę. Podanie mi insuliny oznaczało utratę kontroli. Uklękła więc z fiolkami w dłoni. „Uprościmy to. Zadaję ci kilka pytań. Po prostu kiwnij głową na tak”.
Przesunęła telefon i znowu zaczęła nagrywać. „Pomogłaś mi udawać cukrzycę?” Słabe skinienie głową. „Wyjaśniłaś objawy?” Kolejne skinienie. Ale moje ruchy były nieśmiałe, niezdecydowane. Bezużyteczne jako wyznanie.
Nowy dźwięk. Dzwonek do drzwi.
Oboje podskoczyliśmy. Oczy Jade rozszerzyły się w panice. Ciężarówka dostawcza. Kierowca stał przed naszymi drzwiami z paczką w ręku. Jade musiała ją otworzyć. Schowała butelki, wycelowała we mnie nożem – cisza! – i pobiegła do drzwi wejściowych.
Usłyszałam jego głos, udający wesołość. Kierowca proszący o autograf. Drzwi się zamykały. Jego kroki, szybkie i nerwowe.
Widziała, jak czołgam się w stronę salonu. Byłam zaledwie metr od niej. Złapała mnie za kostkę i pociągnęła po kafelkach. Ten ruch sprawił, że poczuła ostry ból głowy. Jej złość była namacalna. Jej idealny plan rozpadał się w proch.
Wyciągnęła wszystkie pozostałe butelki i ustawiła je w rządku na blacie. „Te” – syknęła – „są za przyjęcie urodzinowe, które zepsułaś. Te, za wakacje, które były tylko dla ciebie”. Te, za wszystkie te razy, kiedy mama sprawdzała ci poziom cukru we krwi zamiast pytać, jak minął mi dzień!
Włączyła młynek. Trzymała nad nim butelkę.
„Ostatnia szansa” – powiedziała. „Skiń. Teraz. Albo spłuczę”.
Ale gdy to mówiła, dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie. Jednostajnie, jednostajnie.
„Kto teraz?” – zawołała. To znowu była pani Bufort, jej głos odbijał się echem od drzwi. „Dziewczyny? Wszystko w porządku? Widziałam dostawcę i powiedział, że wyglądasz… blado, Jade. Przyniosłem ci ciasto na Święto Dziękczynienia”.
Jade zamarła. Pani Bufort była miła, troskliwa i bardzo wytrwała. Nie chciała odejść.
„Powiedz jej, że wszystko w porządku!” syknęła do mnie Jade. „Pozbądź się jej!”
„Ja… nie mogę” – jęknęłam. Insulina zaczynała trochę działać, mgła się rozwiewała, ale moje ciało było zbyt słabe.
„Pani Bufort! Wszystko w porządku!” zawołała Jade do drzwi. „Po prostu pośpimy jeszcze trochę!”
„No cóż, kochanie, trochę się martwię” – kontynuowała pani Bufort, podchodząc bliżej. „Wiem, że twoi rodzice wyjechali i biorąc pod uwagę stan Chloe… chyba sprawdzę zapasowe klucze”.
Nasi rodzice dali jej klucz do izby przyjęć. To był koniec. Jade zbladła. Wiedziała, że to koniec. Spojrzała na butelki, potem na mnie, a potem na nóż.
„Jeśli mam umrzeć” – mruknęła – „chodź ze mną”.
Złapała ostatnią butelkę i pobiegła do kosza. Ale…
